Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

31 października 2016

Zmiany, zmiany

- Mamo, kiedy zostanę królewną, albo wyjdę za mąż?
- ?
- Aaa, bo chciałabym coś zmienić w swoim życiu.

8 września 2016

Kobieta- pająk wychodzi z ukrycia

Gender rządzi.

Ninja są chłopakami, no, może Nija się wyłamuje, ale to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
W związku z powyższym, mimo wielkiej miłości do kucyków i koloru różowego, Absorberka, po utarczce słownej z Absorberem wrzasnęła:
- Będę spajderłumem!

Amen.

4 listopada 2014

Czemu bobry.

G - Mamo, G. lubi bobry!
T - O, mama też lubi, wiesz?
G - Czemuuuu?
T - To ładne zwierzęta, pracowite, pożyteczne.
G - Pracowite?
T- Tak. Budują tamy z gałęzi i powalonych drzew. Tacy inżynierowie.
G - Inżynierowie? Czemuuu?
T - Bo budują tamy, spiętrzają, podnoszą poziom wody, sprawiają, że jest jej więcej.
G - Czemuuu?
T - Czemu co?
G - Czemu jest więcej?
T - Wody?
G - Tak, wody.
T - Bo jak zbudują tamę, woda nie odpływa, robi się taki zbiornik, takie jeziorko jakby.
G - Czemuuu?
T - Bo tama zatrzymuje wodę na miejscu, woda nie wypływa.
G- Czemuuuu?
T-( poirytowana) - Bo bobry zbudowały tamę....
G- G. wie, że zbudowały, ale czemu woda nie wypływa!!!!

28 października 2014

Matka czarownica

Jest noc.
Śpię.
Snem matki czuwającej, ale "śpię".

Młoda ze mną, Młody w swoim łóżeczku.
Sen mam jakiś nawet.
Śni mi się, że Młoda jest pod stołem i nie może wyjść.

Budzę się.
Z niepokojem się budzę.
Po omacku schylam się pod ławę.
A tam Młoda...
Spadła z łóżka...
"Nie umie wyjść..." słyszę cichutki głosik mojej Małej...

Wyciągam, przytulam, zasypiamy koło siebie spokojnie.

Instynkt?
Podświadomość.
Czary...?

26 września 2014

Syndrom osiołka poznańskiego. Ogony opadają.

Zaraza przyniesiona, wessana z powietrza, pożarta z bułą- nie wiadomo.
Efekt jest.
Gluty do pasa, charczenie, głos jak po imprezie suto zakrapianej, do tego ze dwie paczki fajek i śpiewy po północy.
Summa sumarum- w Tupajowisku pomór lekki. 
Lazaret.

Wczoraj obudziłam się z gulą w gardle, wrażeniem rozpierania czaszki i zatok dziwną treścią, którą potem z niedowierzaniem (hmmmm.....) oglądałam w chusteczce do nosa...

Postanowiłam nie popełniać błędu i nie iść w zaparte. 
Nie starać się być twardą kobietą, matką i "cotamjeszcze", tylko pójść po radę do specjalisty. Czy aby mi się nie wydaje, że mogę intruza pokonać czosnkiem, naparami, odwarami i ibiprofenem na zatoki (z pseudoefedryną w komitywie). 
Nie chciałam powtórki z czasu kiedy to coś, co można było zdusić w zarodku (oj, wyrażenie niepoprawne politycznie), a nie zduszone, osiągnęło postać zapalną i skończyło się na silnym antybiotyku, a ja zostałam na łasce innych, bo nie byłam w stanie zajmować się własnymi dziećmi. 

Pani doktor, w zastępstwie, w naszym miejscowym ośrodku zdrowia.
Przyjęła nas, bez wielkiej wylewności, siedząc na krześle. Obok stała kula (kula do podpierania, nie ta do kulania, bo ta by nie stała...chyba). 
To mi nasunęło myśl, że pani doktor nie w formie, a te moje przemyślenia znalazły swój finał w akcie naszego badania.

Młode osłuchiwała na moim kolanie, mnie- kiedy się nad nią pochyliłam.
Nie powiedziała nic nowego, nic co wniosłoby coś do moich przemyśleń nad zawartością mojej chusteczki higienicznej, samopoczucia i ogólnych objawów. 
Antybiotyk wypisała, "gdyby mi się pogorszyło".
Podejrzewam, że jedynie z powodu mojej wyprzedzającej akt badania wypowiedzi na temat moje "miłości" do antybiotykoterapii.

Tylko  temacie Młodych mnie uspokoiła, bo zmian osłuchowych nie znalazła. 

Pozostaje tylko jeden, a raczej dwa elementy tej wizyty, które wpisują się lekko klimatem w akcję z poznańskimi osiołkami.
Kiedy poprosiłam panią doktor, co by Młodemu obejrzała przyrodzenie czy z nim wszystko gra, stwierdziła, że od tego jest chirurg i mam się udać do Legnicy celem konsultacji. 
Z lekka mnie zamurowało, ale byłam dzielna. Pani mi jednak nie ustąpiła i ze spokojem wypisywała recepty (sztuk dwie), a ja pomyślałam sobie, że nie będę się wściekać, bo wściekania mam już po tak zwane kokardy, a żyć mam dla kogo. 
Bynajmniej nie dla pani doktor. Przepraszam- lekarki.

Dopełnieniem klimatu montypythonowskiego był moment, kiedy Młoda, podczas mojego osłuchiwania, zaczęła mnie głaskać po brzuchu, a  lekarka syknęła- "Nie wolno tak robić, dziewczynko!".
Dziewczynka popatrzyła na panią lekarkę zdumiona, potem na mnie- tu uzyskała moje duchowe poparcie i przesłanie- "kochane moje dziecko, nie przejmuj  się tą durna babą, zaraz wychodzimy" i , uspokojona, zajęła miejsce na kozetce, obok Brata.

Kurtyna.


17 września 2014

Do "Zachęty" z nią!

Artystka wywodzi się z dolnośląskiej wsi.
Tworzy od dziecka.
W jej twórczości widać wpływy za równo lokalnych artystów, jak i sięga do głębokich korzeni ludzkiej potrzeby przenoszenia emocji na- w tym wypadku powierzchnie pionową.

Powstają nieskomplikowane, ale dające wiele do myślenia instalacje, poruszające każdego. 
Nikt nie przejdzie obojętnie obok.
Każdy zobaczy w tym coś, co przeżył, co go ubodło, pomiziało, dało to coś- tę iskierkę lub zabełtało mózg tak, że zrobienie herbaty stanowi wyczyn nie lada.

Prace są subtelne i ordynarne zarazem.
Pełne emocji i zastygłe jak kupa w nocniku.
Tak...
Tak...
Tak.
Po trzykroć!

Po prostu- enjoy it!



8 września 2014

Odtykanie rury

Podobno dzieci wpychają różne rzeczy w różne miejsca.
Czasem sobie, czasem swoim towarzyszom zabaw. 
Czasem wtykają coś w coś, tak jak moje- wtykają fasole Jaś do autek z otwieranymi drzwiami, w kabiny pojazdów, w oderwane, puste głowy kucyków.

Dziś Młody jednak zajął się bardziej męskim, zapewne odziedziczonym po ojcu zajęciem.
Zajął się moim autem.

Łącząc obydwa wspomniane tematy, wymieniając fasole na butelkę po bańkach mydlanych, mamy tę ostatnią, wetkniętą w rurę wydechową Foxa.

Najpierw klęłam.
Potem żal mi się zrobiło Młodego, bo autentycznie się przestraszył.

Na koniec, używając szczypczyków, po kwadransie, z asystą usmarkanego nosa i wokalizującej  Młodej, wyjęłam ciało obce z rury.

Fox odetchnął.
Ja- też.

2 września 2014

Pierwsze koty za płoty

...a raczej pierwszy dzień w przedszkolu.
Doznałam tego szczęścia, że miejsca moje Dziecki otrzymały.
Dojeżdżamy 6 km w jedną stronę, co dla nich stanowi frajdę, bo jeździć lubią już od poczęcia...

Czasem tylko, z taką lekką nieśmiałością, kiedy za oknem leje (jak od wczoraj), podchodzę do mojego Auta i pytam...jak dziś będzie? Pojedziemy?

Wilgoć służy dobrym stosunkom i grzybom oraz ślimolom.
Nie służy aparatowi zapłonowemu mojego Auta.

Odpala, ale czasem się krztusi. Gorzej jak zacznie w chwili włączania się do ruchu.

Tym razem się udało, pojechaliśmy.
Dzieci -część nowych- jak moje, część rezydentów z roku poprzedniego.
Generalnie mało ryków.

Był jeden.
Wyszedł z mamą po kwadransie.

Moje (a czekałam na nie w szatni), zachowywały się kolejno: 
- Młoda- zapomniała o świecie całym w tym o matce swojej
- Młody- szlochał na zmianę ze średnim zainteresowaniem otoczeniem.

Kiedy je zabierałam, Młody przylgnął do mnie jak ośmiornica i się rozpłakał.
Na pytanie czemu płakał, odparł:
- Bałem, że mama auto bam i mama ciapa....

...co w wolnym tłumaczeniu brzmi, że bał się, że miałam wypadek i została ze mnie ciapa.... 

W aucie, w drodze do domu sam jednak stwierdził, że "fajnie biło" i że wrócimy jutro.

I wróciliśmy.

Tym razem nade mną się ulitowano (znów siedziałam w szatni z lekturą gazetową) i jedna z pań zaproponowała mi talerz barszczu. 
Co prawda barszcz o dziesiatej przed południem to sprawa nieco dyskusyjna, ale- jakże mi smakował!




16 sierpnia 2014

Poskromienie złośnicy

Opętania bywają różne.
Dziś coś opętało moje Absorbery.

Wrzaski, poszturchiwania, kwiki.
Młody wpadł na nowy pomysł wkurzania Absorberki.
Liże ją.

Ta wrzeszczy jak strzyga z sagi o Wiedźminie.

Potem wrzeszczę ja.

Dziś ręce opadły mi do kostek.
Czuję się jak gibbon.

Totalne zmęczenie.
Wiem czemu.
Fizjologiczne.

Był taki filmik z reklamą IKEA



U mnie nie ma jeszcze takich klimatów, za to dziś Absorberka wymazała konikowi do skakania całe ciałko rozkruszonymi akwarelkami.
Potem, z równym pietyzmem zmazywała kolorki z dupki konika wilgotnymi chusteczkami.

Wszystko skończyło się szczęśliwie.
Absorbery zasnęły bez bajki (Młody dokuczał Młodej niemiłosiernie i kara musiała być), a konik, przykryty dwoma kocykami- też.

12 czerwca 2014

Mała stopa...

Taka mała.
Pulchniasta.
Mięciutka.
Jasnoróżowa.

Już tak długo, a tak niedawno rodzona.
Szybko.
Szybciej niż jej Brat.
Bo druga.
Bo ciało zmęczone, bo niemal rok po roku.
Bo do końca szalałam z noszeniem wiader z wodą do mycia schodów i nie dawałam sobie węgla przynosić.
Samosia....

Ciekawe, jak długo chodziłam z 4,5 cm rozwarciem....

Taka mała stopa.
Będzie większa.
Duża.
Kobieca.
Może z pomalowanymi paznokciami.
A może nie?

Zniekształcona od wąskich nosków szpilek?
A może zmaltretowana, lekko twardawa, od glanów?

Jaka będzie?
Tak sobie myślę, trzymając ją w dłoniach.

Ciepła, aksamitna.
Mało jeszcze przeszła.
Dróg.
Mostów.
Rzek.

Oby Jej drogi były prostsze niż moje.